Makijaż

Cienie Kobo – recenzja i swatche

by Paulina-
cienie-kobo-recenzja-i-swatche-2
Firma Kobo jest moją ulubioną spośród wszystkich dostępnych w drogerii Natura. Chętnie sięgam po ich produkty i testuję nowości. Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją pojedynczych cieni, w które zaopatrzyłam się już jakiś czas temu i miałam wiele okazji, aby je przetestować.  

Jak pewnie się domyślacie, są to cienie magnetyczne, które idealnie pasują do palet Inglota – ja właśnie w ten sposób je przechowuję. Warto też wspomnieć, że są to cienie, które możemy kupić w naprawdę dobrej cenie. W Naturze często są promocję na Kobo, nawet 40%! Dlatego uważam, że powinnyście przyjrzeć się bliżej szafie tej marki – znajdziecie tam duży wybór cieni, o różnych wykończeniach i kolorach.

  

Pierwszy kolor, na który się zdecydowałam to typowo letni i może trochę jesienny, pomarańczowo-koralowy odcień. Jest to numerek 106. Cień nie osypuje się, mimo że konsystencja jest lekko kredowa i na początku wydawał mi się lekko „tępy”, jednak podczas używania moje zdanie się zmieniło Cień jest dobrze napigmentowany, ale raczej trudno zrobić sobie nim plamę na powiece.
  
Drugi cień to numer 201. Jest to typowy chłodny odcień. Mocno opalizuje na fiolet, ma w sobie białe i różowe drobinki. Jest zdecydowanie inny pod względem konsystencji spośród tych cieni, które mam – mocno się osypuje, jest bardzo miękki (zresztą widać na zdjęciu, że wygląda trochę inaczej), a jednocześnie trochę „masełkowy”.

  

Ostatni cień i zdecydowanie mój ulubiony to numerek 217. Jest to ciepły różowy odcień, opalizujący na złoto. Cień jest zbity, nie osypuje się. Jest mocno napigmentowany, możemy budować krycie – jedna warstwa wygląda delikatnie i lekko na powiece, nałożony w większe ilości daje bardziej różowy efekt, lekko tracą się wtedy złote drobinki. Myślę, że idealnie nada się jako róż do policzków, jest bardzo podobny do Ecstasy Blusher z Wibo
 

Wykonując makijaż tymi cieniami, na powiekę jako bazę zwykle używam korektora, ale do tego typu brokatowych cieni idealnie spiszą się specjalne produkty, jak np. Glitter Primer z NYX’a czy GlamGlue z Glamshopu. Jeśli chodzi o aplikację, najlepiej nakłada mi się je palcem, zbieram wtedy więcej produktu. Niestety, w przypadku pędzli cienie osypują się i tracą pigment. Podczas blendowania, brokatowe cienie niestety tracą intensywność jeśli chodzi o opalizujące drobinki – myślę, że mogłoby się to zmienić, gdybym nałożyła je na którąś z baz, o których wspominałam wcześniej. Jednak co do trwałości, nie mogę zbyt narzekać. Cienie po 7 godzinach pozostały nieruszone, to, co straciło na intensywności podczas robienia makijażu pozostało w takim samym stanie aż do zmycia.

 
Na zdjęciach trudno uchwycić efekt, jakie dają cienie, ale uwierzcie mi, że pięknie błyszczą na powiece. Mam nadzieję, że moja recenzja zachęciła Was do przetestowania kilku odcieni – ja z pewnością jeszcze na nie skuszę

 

%d bloggers like this: